Niedawno gimnazjaliści pisali swój (zrewidowany i znów krytykowany) egzamin, a prezes wielkiej spółki stwierdził, że polska edukacja delikatnie mówiąc nie przystaje do współczesnej rzeczywistości. Z przykrością muszę się z nim zgodzić. Z przykrością od dawna uważam, że polska szkoła to wielki zonk.
Czego szkoła óczy
Polska edukacja oparta jest na sprawdzaniu: testach, kartkówkach i odpytywaniu przy tablicy. Uczniowie i studenci zapamiętują (bo trudno tu mówić o nauce) informacje, a potem muszą się nią popisać w testach. Szkoła zatem sprawdza, czy wybiłeś na blachę informacje z podręcznika, a to nie ma kompletnie żadnego sensu. Ludzkość wymyśliła pismo żeby nie zapamiętywać wszystkiego w głowie, tylko „przelać” tę wiedzę na papier, aby była dostępna dla innych wtedy kiedy jej potrzebują. Czy właściciel nowego auta uczy się na pamięć podręcznika obsługi? Nie – jeśli będzie problem, zajrzy do podręcznika. Po to jest.
Dlaczego więc szkoła uczy w ten sposób? Bo nie umie inaczej. Szkoła powinna uczyć myślenia, analizowania i życia we współczesnym społeczeństwie. Powinna wychowywać dzieci na przyzwoitych i prawych obywateli. Jako twórca szkoleń wideo wiem, że jest lepsza i szybsza forma nauki niż czytanie książek. Człowiek nie jest ewolucyjnie przystosowany do nauki z piktogramów takich czy innych – jest za to przystosowany do podpatrywania i słuchania innych ludzi. Nauczyciel powinien być mistrzem, opiekunem i przyjacielem jednocześnie. Dziś jest nadzorcą. Ale po co zmieniać system, po co zawracać sobie głowę zmianami, lepiej postawić człowieka, który każe przeczytać rozdział trzeci, a potem zrobi klasówkę. Praca wykonana, wyniki są.
Paradoks polega na tym, że żyjemy w XXI wieku, a uczymy się jak w wieku XIX. Wiedza z książek nie powinna być wykuwana na pamięć (oczywiście są wyjątki). Pomijam to, że wiedza taka – nieużywana – szybko z pamięci znika. Ja na przykład nic nie pamiętam z języka francuskiego uczonego w moim liceum.
Dzisiaj każdy może wejść na Wikipedię, Google i znaleźć potrzebną wiedzę, albo w ostateczności pójść do biblioteki i coś przeczytać. Ktoś może powiedzieć, że podstawowa wiedza o świecie nie może być traktowana w ten sposób, każdy powinien mieć elementarne informacje o tym, jak świat działa – zgadzam się, ale nikt mi nie wmówi, że wiedza o przydawkach jest podstawową wiedzą o świecie. Wiedza o dopełniaczach, orzeczeniach i onomatopejach nie jest niemal nikomu potrzebna – chyba że nauczycielom języka polskiego.
Efekt testu
Zatem jaki jest efekt polskiej edukacji? „Produktem” są ludzie, którzy są specjalistami w wypełnianiu testów i uzyskiwaniu dobrych ocen. Rodzice nas przestrzegali: „musisz się dobrze uczyć, mieć dobre stopnie„. Każdy z nas miał w klasie kujona, który miał dobre stopnie tylko dlatego że umiał kuć. To jego kucie nie miało za to wiele wspólnego z kreatywnością, analizą i zrozumieniem treści, własnym myśleniem i pracą w zespole. A właśnie za takie atrybuty uczniowie powinni być nagradzani. Einstein nie był dobrym uczniem. Tomasz Edison, wielki wynalazca, został określony przez nauczyciela jako „tępego i że nie ma najmniejszego sensu, żeby nadal uczęszczał do szkoły„. Stefan Banach, jeden z największych polskich (i światowych) matematyków, nawet nie skończył studiów i nie był magistrem. Dopiero w uznaniu jego dokonań nadano mu stopnie doktora, a potem profesora. Dobre stopnie w szkole nie mają nic wspólnego z tym co robimy w życiu i czy osiągamy sukces. Co było zatem dla tej trójki wspólne? Ciekawość świata i nieschematyczne myślenie.
Polska szkoła sprzyja też ściąganiu – jeśli podstawą dobrej oceny jest tylko sucha informacja, bardzo łatwo ją umieścić na ściądze i bezmyślnie „zerżnąć”. Nie da się za to ściągnąć logicznego myślenia i analizy faktów. Nie da się ściągnąć czegoś, co trzeba wymyślić w danej chwili i czego nie ma w podręcznikach. Jestem zdania, że ściągi (de facto chałupniczo wytworzone mini-podręczniki) powinny być na sprawdzianach dozwolone, a oceniać powinno się umiejętność wyciągnięcia istotnych faktów lub wniosków właściwych dla postawionego zadania. Ściąganie jest proste, myślenie nie. Szkoła zatem uczy pójścia na łatwiznę.
Student – przyszły bezrobotny
Po szkole i liceum homo sapiens idzie na studia. Oczywiście nie wszyscy studenci kończą w pośredniaku i oczywiście nie wszystkie kierunki studiów prowadzą do zasiłku. A jednak – dziwi mnie przyjmowanie na kolejne lata tysięcy studentów na kierunki stricte humanistyczne. Ile w tym kraju potrzeba historyków i speców od zarządzania? Ilu trzeba kierowników, urzędników i psychologów? Już dziś widać, że to właśnie ci ludzie zaludniają kolejki przed urzędami pracy lub podejmują pracę w żaden sposób nie związaną ze swoim wykształceniem. Czy to historyk zmienia nasz świat na lepsze? Czy to kierownik wymyśla nowe technologie, dzięki którym mamy większe możliwości samorealizacji? Nie, robi to inżynier. Dlaczego zatem polskie uczelnie nadal przyjmują więcej osób na studia humanistyczne niż na kierunki ścisłe? Bo idą na łatwiznę, jak szkoły.
Uczelnie dostają ministerialne pieniądze za studentów (zatem im więcej tym lepiej), a przy tym studia humanistyczne są najtańsze. Na studiach humanistycznych nie potrzeba warsztatów, laboratoriów, urządzeń, eksponatów dla studentów, innowacji i stałego dokształcania kadry naukowej. Wykształcenie inżynierów i specjalistów nauk ścisłych jest drogie i trudne – a właśnie takich ludzi dzisiaj potrzeba na rynku pracy. Oczywiście każda cywilizacja i państwo potrzebuje socjologów i historyków, ale akurat TERAZ w Polsce mamy ich aż nadto. Uczelnie tego nie widzą. Także studenci nie są tutaj bez winy. Z własnego okresu studiowania wiem, że część studentów traktuje uczelnię jako przerwa od dorosłego życia, jako ucieczka od ostatecznej odpowiedzialności za swoje życie. Po co idziesz na studia? „Bo inni idą”, „bo trzeba”, „bo nie mam co robić”, „bo nie chce mi się iść do pracy”, to tylko część typowych odpowiedzi. Dlatego wielu maturzystów, nauczonych przez szkołę chodzenia na łatwiznę, przy wyborze studiów robi to samo. Po co iść na ciężkie studia inżynierskie, jak można iść na humana i bawić się pięć lat. A po magisterce się zobaczy. Zapominają jednak, że papierek magistra dzisiaj nie znaczy już nic. Każdy studiuje. Studia stały się dziś obowiązkowym etapem życia, nie ważne czy potrzebnym czy nie. Nie twierdzę tu, że studia nie mają sensu w każdym przypadku. Oczywistym jest, że chirurg musi być po studiach i specjalizacji, prawnik musi znać prawo. Natomiast nie ma ukierunkowanych studiów dla projektantów graficznych, programistów aplikacji mobilnych, czy speców od social-marketingu. Czy to znaczy że nikt nie pracuje w tych zawodach? Wręcz przeciwnie i jakoś sobie radzą bez formalnego wykształcenia.
Być może nauczanie byłoby tańsze i szybsze, gdyby studia wyższe były prowadzone racjonalnie i sensownie. A w większości nie są. Studiowałem architekturę krajobrazu i poza słusznie prowadzonymi przedmiotami kierunkowymi mieliśmy „perełki”. Niech mi ktoś wyjaśni, bo nie pojmuję, po co architektowi egzamin i 12 godzin wykładów z kulturoznawstwa, podstaw filozofii, religioznawstwa, podstaw rolnictwa i ekonomii dużych przedsiębiorstw? Bo na każdej uczelni jest wydział humanistyczny, któremu trzeba dać jakąś pracę. Na informatyce uczyliśmy się pakietu Office, który architektowi jest przecież niezbędny. Gdybym to ja układał plan takich studiów, znalazły by się w nim takie przedmioty jak: obsługa programów graficznych i CAD, fotografia, zakładanie działalności gospodarczej i spółek, tworzenie umów o dzieło i zlecenie, uproszczona rachunkowość, negocjacje, sztuka prezentacji projektów, praca w zespole, kierowanie zespołem ludzi. Żadnego z tych zagadnień na studiach nie miałem, a nawet jak były (prezentacje) to później się dowiedziałem, że były prowadzone całkowicie źle. Co więcej, dużo przedmiotów częściowo się pokrywało co powodowało takie kwiatki, jak nie wiadomo która definicja krajobrazu i marnowanie czasu na wykładach. Uważam, że moje pięcioletnie studia wyższe, przy odpowiednim zaangażowaniu i zaplanowaniu, mogłyby trwać maksymalnie dwa lata. Szkoła, liceum i studia nie nauczyły mnie niczego z tego, co było mi potrzebne do założenia firmy i tworzenia kursów wideo – wszystkiego musiałem się dowiedzieć i nauczyć sam.
Co i Wam polecam. Polegajcie na sobie, własnych celach i własnej ciekawości.





